Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 235 030 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

1:8

poniedziałek, 12 września 2011 9:56

Taki wynik w piłce nożnej to klęska. A w lekkiej atletyce? Jeden medal w Daegu wobec ośmiu zdobytych w Berlinie wygląda jak ostatnia łyżeczka z wielkiej rodowej zastawy.

Ale chłodne spojrzenie stępia ostrość tej dysproporcji. Dwa lata temu na mistrzostwach świata wykorzystaliśmy nie 100 a 120% procent szans. Nikt przy zdrowych zmysłach nie mógł wtedy liczyć na medale Kamili Chudzik czy Sylwestra Bednarka. Szanse Szymona Ziółkowskiego też były w najlepszym razie skromne. Tyczkarkom znakomicie ułożył się konkurs w czym nie małą rolę odegrało „0” Isinbajewej. No i pewniacy - Włodarczyk, Majewski i Małachowski - okazali się naprawdę pewniakami.

 

Przed Daegu liczyliśmy ostrożnie na trzy medale. Kula, dysk plus sukces jednej z dwóch obrończyń tytułu a zarazem rekonwalescentek: Anity Włodarczyk lub Anny Rogowskiej.

Szanse ośmiusetmetrowców, tyczkarzy czy siedmioboistki były brane pod uwagę, ale w drugim rzędzie. Co się więc stało?

 

Zwolennicy teorii, że bilans musi wyjść na zero powiedzieliby, że za szczęście berlińskie zapłaciliśmy pechem koreańskim. Pięć czwartych miejsc może stanowić tu pewien argument.

Z drugiej strony szczęściu trzeba umieć pomóc. Karolina Tymińska odbijająca się w dal o pół stopy bliżej plasteliny czy pewny dobieg do ostatniej zmiany sztafety 4x100 metrów zamieniłyby czwarte miejsca na medale. (Przestrzegam za to przed tezą, że 5,85 w tyczce zawsze wcześniej gwarantowało medal, bo na dwanaście mistrzostw w pięciu nie gwarantowało).

 

Sytuację polskiej lekkiej atletyki na wielkich imprezach trafnie oddaje porównanie do huśtawki lub stąpania po linie. Po wielkim hop następuje wielkie bum. Ilu mamy multimedalistów mistrzostw świata? Korzeniowski, Ziółkowski, Pyrek. (Nie liczę uczestników sztafet 4X400 metrów bo tam medale dziedziczyliśmy często po zdyskwalifikowanych zespołach.) Z tej trójki kto obronił pozycję na podium na kolejnych mistrzostwach? Monika nie, bo dobrze startowała na co drugiej imprezie. Szymon to samo. Robertowi udało się dwa razy: w Atenach i Paryżu. To wszystko. Dużo? Hm….

 

Oczywiście sytuacja zmieni się na korzyść, gdy weźmiemy pod uwagę również igrzyska i mistrzostwa Europy. Od razu wyrosną postaci Tomasza Majewskiego i Piotra Małachowskiego. Ich porażki w Daegu są i dla nas, i dla nich najbardziej dotkliwe.

Najważniejsze, aby się na nich nie zafiksowali. Muszą myśleć: wypadek przy pracy, a nie początek końca.

 

Huśtawka ma i tę dobrą stronę, że po osiągnięciu najniższego punktu idzie w górę.

Rafał Bała i prezes Jerzy Skucha przypomnieli ostatnio w rozmowie sekwencję Sewilla – Sydney. Z Sewilli przywieźliśmy jeden medal (srebro zamienione na złoto sztafety 4X400).

Korzeniowski – zdyskwalifikowany, Ziółkowski i Skolimowska poza finałem. Rok później na igrzyskach zdobyli w sumie cztery złote medale. Niech się to powtórzy w Londynie. Choć podobno nic dwa razy się nie zdarza….

 


Podziel się
oceń
76
4

komentarze (81) | dodaj komentarz

MISTRZOSTWA OKRUTNE DLA „STARYCH” MISTRZÓW

czwartek, 01 września 2011 8:23

Nie wierzę w fatum, ale seria wydarzeń czterech pierwszych dni mistrzostw w Daegu mogła moją niewiarę zachwiać.

 

Dwa dni temu w biurze prasowym  spotykam oto Radka Leniarskiego z Gazety Wyborczej a on do mnie w te słowa: widziałeś  kto był na okładkach programów na pierwszy, drugi i trzeci dzień mistrzostw? Cholera, nie zwróciłem uwagi – mówię. Pierwszy dzień – Australijczyk Steve Hooker ( mistrz olimpijski i mistrz świata w skoku o tyczce) – odpadł w eliminacjach.

Drugi dzień – Usain Bolt – zrobił falstart w finale „setki”. Trzeci dzień – Kubańczyk Dayron Robles (mistrz i rekordzista świata na 110 m przez płotki) – zdyskwalifikowany za przeszkodzenie w finale Chińczykowi Xiangowi. Hm..- ja na to- dziwny zbieg okoliczności.

-A wiesz kto jest dzisiaj (to był czwarty dzień) na okładce programu? –No? – Isinbajewa.

 

Ta rozmowa odbyła się przed finałem tyczki. Nie muszę dodawać, że Jelena Isinbajewa, 35. krotna rekordzistka świata, na której wielki powrót oczekiwano, zajęła zaledwie – jak na nią- 6-te miejsce. Wiem co powiecie – broniąca tytułu Anna Rogowska była 10-ta. Ale  jej przypadek nie pasuje, bo na okładce się nie znalazła.

 

Okładkowe fatum przełamała dopiero piątego dnia Rosjanka Olga Kaniskina. Ozdobiono jej wizerunkiem program a jednak w cuglach wygrała (po raz trzeci z rzędu) chód na 20 kilometrów. Tu jednak wnikliwi analitycy (i jednocześnie zwolennicy teorii fatum) mogą zgłosić wątpliwość, że przecież piątego dnia odbyła się tylko ta jedna konkurencja. Kaniskina broniła tytułu mistrzyni więc trudno było kogo innego umieścić na okładce. Nie było wyboru a więc to się nie liczy. Zobaczymy szóstego dnia czyja buzia się pojawi i co się z nim stanie.

 

Abstrahując jednak od okładkowego fatum, faworytom nie wiedzie się w Daegu. Oczywiście są wyjątki jak w przypadku Kaniskiny, Borczina, Hardee’ego, Valerie Adams (de domo Vili) czy Hartinga. Ot choćby nasz złoty tyczkarz Paweł Wojciechowski sprzątnął tytuł ogólnemu faworytowi Francuzowi  Lavillenie. Nad siedmioboistką Jessicą Ennis rozpływali się wszyscy fachowcy a tymczasem Brytyjka przegrała bezdyskusyjnie z Rosjanką Czernową. Najbardziej okrutnie los obszedł się chyba z  mistrzem jednego okrążenia Amerykaninem LaShawnem Merritem, którego na ostatnich metrach „połknął” młodziak z maleńkiej Grenady Kirani  James. Ten chłopak 1 września kończy dopiero 19 lat. Zresztą nasz Paweł Wojciechowski też ma dopiero 21 i jest  młodszy od rekordów Polski, które poprawiał.

 

Wszystkie te wydarzenia realizują jakoś zdrową zasadę „bij mistrza” o ile oczywiście mistrz da się pobić. Nie mam jednak nic przeciwko temu, aby Anita Włodarczyk obroniła tytuł w rzucie młotem (choć będzie to baaardzo trudne), a Tomek Majewski „zlał” Amerykanów, Kanadyjczyka i Białorusina jak na igrzyskach w Pekinie. A ponieważ Polakom nie grozi trafienie na okładkę… szanse rosną.


Podziel się
oceń
39
5

komentarze (46) | dodaj komentarz

FALSTART BOLCIA

poniedziałek, 29 sierpnia 2011 8:35

Sport jest współcześnie traktowany jak show. Zresztą nie tylko sport. Wszystkie dziedziny życia, które dają się pokazać a więc i obserwować, zmierzają niebezpiecznie w kierunku widowiska. A widowisko rządzi się swoimi prawami. Ma być przede wszystkim interesujące, atrakcyjne. Często za cenę naginania lub łamania zasad.

 

Ale czasem przychodzi otrzeźwienie. Zdarza coś zaskakującego, nieprzyjemnego, ale prawdziwego. Widowisko na tym traci, ale zyskuje dziedzina, która już, już wydawała się tylko widowiskiem. Falstart i związana z nim obligatoryjna dyskwalifikacja Usaina Bolta w finale biegu na 100 metrów na mistrzostwach świata w Daegu były właśnie takim otrzeźwieniem, zimnym prysznicem przywracającym świadomość. Obudzili się ze snu kibice, działacze, dziennikarze. Obudził się i sam Bolt. Miał wygrać w cuglach, stworzyć spektakl jednego aktora, zmiażdżyć rywali. Tymczasem musiał zejść z bieżni. Inni pobiegli, on został.

 

Reguły gry są twarde, ale równe dla wszystkich. Obojętnie czy debiutujesz czy jesteś wielkim mistrzem jeśli popełniasz falstart zostajesz zdyskwalifikowany. Obowiązują od niedawna. Kiedyś można było sobie pozwolić na więcej. Dyskwalifikowano po drugim falstarcie w danym biegu, ktokolwiek go popełnił, a jeszcze wcześniej było i tak, że każdy uczestnik biegu mógł popełnić jeden falstart. Straszliwie wydłużało to zawody, więc postanowiono dokonać zmiany. Teraz być może ten i ów zacznie przebąkiwać, że reguły są zbyt surowe, że trzeba zrozumieć, że wielki mistrz itd. Ale to nieprawda. Sport o tyle ma sens, o tyle może przetrwać jako dziedzina mająca w sobie pierwiastek szlachetności, o ile reguły będą twarde i będą dotyczyć wszystkich bez wyjątku. Wczoraj w Daegu zatriumfował sport. Choć widowisko straciło.

 

A co z Boltem?  On jest w tej chwili filarem chwiejącej się od kilku lat wielkości Królowej Sportu czyli lekkiej atletyki. On przyciąga uwagę, widzów, sponsorów, pieniądze. I on też– paradoksalnie – swoją dyskwalifikacją – przywrócił wiarę w sens reguł. Czy Bolt jest naprawdę wielki? Zobaczymy jak zniesie upokorzenie. Jeśli się nie załamie, stanie do walki na 200 metrów i wygra, będzie wielki. Tego mu zresztą gorąco życzę, bo mam do niego ogromną sympatię. Pozwalam sobie nawet nazywać go zdrobniale Bolciem. Bolcio nie łam się. Wracaj i wygrywaj.


Podziel się
oceń
27
5

komentarze (48) | dodaj komentarz

sobota, 25 marca 2017

Licznik odwiedzin:  995 050  

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

O moim bloogu

Przemysław Babiarz, ur. w Przemyślu. Studiowałem w Krakowie najpierw w latach 1982 -85 na teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem w latach 1985 - 89 na wydziale aktorskim PWST im. L. Solsk...

więcej...

Przemysław Babiarz, ur. w Przemyślu. Studiowałem w Krakowie najpierw w latach 1982 -85 na teatrologii na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem w latach 1985 - 89 na wydziale aktorskim PWST im. L. Solskiego. Po studiach przez trzy sezony pracowałem w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku. Wielkich ról mi nie powierzano. A jedyną tytułową zagrałem, np. w zastępstwie , w sztuce dla dzieci

schowaj...

Polecam

  • Książka "Droga donikąd" Józefa Mackiewicza
  • Książka "Rosja Putina" Anny Politowskiej
  • Książka "Heretycy" G.K.Chestertona
  • Książka "Demon Południa" Grzegorza Górnego
  • Książka "Esej o duszy polskiej" Ryszarda Legutki
  • Jestem od dzieciństwa miłośnikiem książek Edmunda Niziurskiego: "Niewiarygodne przygody Marka Piegusa", "Klub Włóczykijów", "Naprzód Wspaniali", "Sposób na Alcybiadesa". I "Tytusa , Romka i A’tomka" Henryka Jerzego Chmielewskiego. Znam b.dobrze pierwszych 10 ksiąg, z czego trzy pierwsze na pamięć.

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 995050

Lubię to